"Starman: Bowie's Stardust Years" - Reinhard Kleist

Przygodę z Bowiem pod przewodnictwem Kleista zacząłem od późniejszego „LOW: Bowie’s Berlin Years”. I chyba szczęśliwie, bo persona Ziggy’ego zawsze trochę mnie odrzucała. Myślałem: czysta forma bez treści. Atencjusz i tyle. Oczywiście się myliłem. Zacząłem od okresu berlińskiego, stylistycznie bliższego mi przez eksperymentalny art rock i ambient zahaczający o jazz, i znalazłem w nim furtkę do uniwersum Bowiego. Dzięki temu odkryłem jego ogromną wszechstronność i zdolność do ciągłego przedefiniowywania samego siebie.
Zamówiłem pierwszą część komiksu Kleista, ale dostawa z Amazona opóźniła się o ponad pół roku (sic!). Polecam zakupy na Allegro ;-). Dzięki temu zyskałem jednak czas na zapoznanie się z całą dyskografią Bowiego z lat 70. Zafundował swoim fanom niezły stylistyczny rollercoaster i praktycznie z każdej wolty wychodził obronną ręką. Z rocka przeskoczyć do soulu i funku, a następnie do muzyki elektronicznej — dlaczego nie? Podążając wstecz, dotarłem w końcu do Ziggy’ego Stardusta.
I tu dochodzimy do „Starmana”, którego fabułę najlepiej podsumowuje tytuł płyty: „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars”. Nie będę tłumaczył, dlaczego to Wielka Płyta. Nawet jeśli nie chcesz, żeby ci się podobała, i tak jej ulegniesz. Facet ma talent i zacięcie, hucpę i samoświadomość. Pragnienie szokowania podszyte nieśmiałością. Rozdarcie człowieka, który kłamie i jest szczery jednocześnie.
Kleist tego nie spieprzył. Pokazał, jak wszystkie te elementy kiełkują i nabierają mocy. Pokazał też, że artyści — kiedyś powiedziałoby się: jednostki słabe i grzeszne — otwierają innym oczy i uszy na nowe przestrzenie. Budzą szósty zmysł, pozwalający doświadczyć czegoś nowego, a zarazem pierwotnego. Wielu z nas pamięta odlot na trzeźwo przy muzyce. Nawet po latach wystarczy kilka dźwięków, żeby ciarki znów przeszły po plecach. Dla Bowiego pierwszym takim doznaniem był koncert rockowy w jaskini. Wielkim Artystą był dlatego, że w swojej karierze zabrał nas tam nie raz, nie dwa, lecz wiele razy.