OpenCode, terminal i era ai-adminów

·orientman·3 min read·Wpisy po polsku (Posts In Polish)

Dziwne, ale mimo całego uprzedzenia i obaw związanych z AI, OpenCode sprawia mi niesamowicie dużo frajdy. Może działa na mnie chwilowa przerwa w byciu „Google Docs Engineer" i powrót do terminala? A może to kolejna odsłona starego: „nie po to studiowałem informatykę, żeby teraz pracować z ludźmi"? Kto z programistów awansowanych na menedżera albo staff-architekta-pryncypała nie miewa czasem takich myśli — niech pierwszy rzuci kamieniem.

Tymczasem znowu mam — jak kiedyś — otwarty gazylion widoków terminala (kiedyś tmux, dziś iTerm), kilka gitowych worktree i… żadnego IDE w zasięgu wzroku. I wraz z tym wraca to samo poczucie sprawczości, które pamiętam z czasów odkrywania linuksowej linii poleceń (grep, find, awk, perl, curl, wget… mogę tak długo), z którą nic nie mogło się równać.

W epoce cmd.exe — jeszcze przed Mac OS X — Linux pozwalał robić i automatyzować rzeczy, które w innych systemach (dostępnych śmiertelnikom) były po prostu niemożliwe. Żadne narzędzie — a tym bardziej IDE — nie dało mi później takiego wrażenia, że „mogę wszystko": że mogę z klocków Lego budować dowolne konstrukcje.

Jasne, to dopiero początek: etap rozwiązywania problemów ad hoc, na szybko i brudno. Kiedyś wspólnym mianownikiem była abstrakcja systemu plików i strumienia tekstu, a dziś dla AI tę rolę coraz częściej pełnią API.

Jeśli pociągnąć analogię, Linux pozwolił jednostkom robić „za darmo" (i dodajmy: legalnie) rzeczy, które wcześniej kosztowały niebotyczne — dla studenta i mieszkańca postsocjalistycznego kraju — pieniądze. Pamiętam, jak w małej firmie po kolei zastępowałem komercyjną sieć Novella, zewnętrzne usługi pocztowe konfiguracją postfix+spamassassin, SourceSafe'a: najpierw CVS-em, potem SVN-em; taśmowe backupy — rsyncem albo rdiff-backupem (doskonale pamiętam pierwszą awarię dysku) — oraz mnóstwo innych elementów infrastruktury, o których wcześniej można było tylko pomarzyć. A wszystko to „magicznie" wychodziło spod moich palców.

Oczywiście jestem już starym zgredem i nie odczuwam tego samego romantyzmu, co przy kompilowaniu jądra z własną poprawką. Nie ma też antysystemowego sex-appealu GNU, idei bazaru walczącego z katedrą. Jest za to lekko gorzki posmak, że w praktyce pompuję Big Tech jeszcze bardziej — i przy okazji piłuję gałąź, na której siedzę. Epoka samodzielnych linuksowych sysadminów trwała raptem kilka lat: internet stał się zbyt niebezpiecznym miejscem, a rynek znów opanowały wielkie firmy. I tak to się kręci…

Niemniej — podobnie jak kiedyś Linux — AI daje dziś ogromną dźwignię. W obecnej formie ma jednak mnóstwo ostrych krawędzi: trzeba wiedzieć, co się robi i co się chce osiągnąć; rozumieć narzędzia; umieć weryfikować wyniki ich pracy. I właśnie dlatego znowu nadchodzi okienko pogodowe, w którym obrotne jednostki — „ai-admini" — mogą robić rzeczy nieproporcjonalnie duże do swoich zasobów.


Pierwotnie opublikowano na LinkedIn.

Comments